Konkurs, którego tematem przewodnim były Wasze początki w rękodziele, pozwolił nam poznać Was lepiej. Dotarło do nas mnóstwo pięknych historii: jedne bawiły, inne wzruszały, praktycznie każda była inna i wyjątkowa, ale pewien czynnik był wspólny – wszystkie inspirowały i żadna nie pozostawiała czytelnika obojętnym.

Chcielibyśmy podzielić się Waszymi historiami z szerszym gronem. Z racji tego, że zgłoszeń było sporo, a niektóre historie bardzo długie, publikujemy ich tylko kilka. Lećcie po ciepłą herbatkę, wskakujcie pod koc i rozsiądźcie się wygodnie, bo czeka na Was spora dawka inspiracji ♥.

Jedno z oryginalniejszych zgłoszeń należało do Oli Lubińskiej, która może pochwalić się naprawdę nietypowym hobby. Sami zobaczcie:

“Cały mój problem polegał na tym, że rękodzielnikiem zaczęłam być (w 2009) trochę przez przypadek, zgarniając filc przy okazji książkowych zakupów, dlatego nie planowałam nawet w przybliżeniu, co będę robić i jak. Przeglądałam więc sieć w poszukiwaniu inspiracji, które ruszą jakiś proces myślowy do przodu, ponieważ znudziło mi się przyszywanie jednych kółek do drugich, a ponieważ rysowałam i fotografowałam od lat, to wiedziałam, że wymyślenie samemu czegoś od podstaw jest prawdziwym motorem postępu. Kwiatek. Kwiatek. Kwiatek. Matrioszka. Piękna matrioszka. Brzydka podróba tamtej ładnej matrioszki. Kwiatek. Ptaszek. Nie zrozumcie mnie źle, ładny kwiatek to skarb, tylko że ja lubię, gdy człowiek jest trochę zbity z tropu, przynajmniej na tyle, na ile może, kiedy piosenkarki paradują w sukienkach z mięsa. Żeby się dziwił ciut, ale jednocześnie by całość była ładna.

Nawet nie pamiętam dokładnie, skąd mi się wzięła ta macica, lecz na pewno nie znikąd. Zobaczyłam chyba jakieś malarstwo nowoczesne, pomyślałam: „Filcowa macica, filcowe organy”, wyklikałam anatomiczne ryciny, po czym zaczęłam projektować wariację. I oto jest, nieobecna przez kilka ostatnich lat szyta ręcznie broszka z kilku warstw cienkiego filcu w pierwszym schemacie kolorystycznym, który wymyśliłam. Oryginalna była jeszcze wypychana watoliną, ale przestałam to robić wkrótce potem i już trochę nie pamiętam, z czym to się jadło.

Nie będzie chyba zaskoczeniem, jeżeli powiem, że to, co tworzę teraz, ma się już nijak do pierwszych projektów; no, może poza bogactwem kolorów i osobistym stylem. Zaczęłam włączać koraliki, elementy z mas polimerowych, eksperymentowałam z farbami akrylowymi, stemplami, skórą, rzemieniami, robiłam obrazki na tamborkach, lepiłam naszyjniki. Dużo tego.”

macica z filcu

 

O tym jak zaczęła się jej przygoda z szydełkiem pięknie opowie Wam Katarzyna Ratajczak (Arachne), od niechęci, do wielkiej miłości i pasji:

„Bywają uczucia, które wymagają czasu, by dojrzeć. Moja miłość do szydełkowania nie narodziła się od pierwszego, ani nawet od drugiego wejrzenia. Najpierw, dawno, dawno temu, mała Kasia z przerażeniem myślała o kolejnych lekcjach ZPT. Prace szydełkowe zaliczałam tylko dzięki Mamie, która ofiarnie dziergała różne drobiazgi, bo moje suplaste wytwory nie nadawały się absolutnie do niczego. Minęło jednak kilka lat i umiarkowanie zbuntowana nastolatka zaczęła szukać pomysłu na siebie. Z zapartym tchem podziwiając małe i te nieco większe dzieła uzdolnionych rąk nieżyjącej już babci i jednej z ciotek, doszła do wniosku, że może to całe szydełkowanie nie jest aż tak straszne i trudne. Podkradła więc babcine szydełko i resztki starych włóczek, i zaczęła kombinować… Dobrze, że do dziś nie przetrwało prawie nic z mojej ówczesnej twórczości, bo ogromny zapał nie przekładał się niestety na jakość wykonania. A że mając lat naście człowiek jest zazwyczaj mocno niecierpliwy, więc znów szydełko poszło w kąt i to niemal na całą dekadę.
Aż do pewnego sierpniowego dnia 2003 roku. Mieszkałam jeszcze wówczas z Rodzicami. Mój pokój na chwilę przestał istnieć, nawiedzony małym kataklizmem, zwanym “remont”. Cały osobisty mikrokosmos tkwił spakowany w pudłach, a ja nudziłam się, niczym przysłowiowy mops. I wtedy natknęłam się na zestaw książek o szydełkowaniu. Wiedziona zawartymi w nich instrukcjami zakupiłam odpowiednie nici i szydełko. No i zaczęłam dziergać.. Moją pierwszą pracą był bieżnik o wymiarach 40 x 100 cm, wykonany techniką siatki filetowej, ozdobiony motywem liści i owoców. Choć jeszcze daleki od ideału, na szczęście w niczym nie przypominał już koślawych koszmarków, jakie dawniej wychodziły spod moich rąk. Dziergałam z takim zapałem, że szydełko aż piekło w dłonie, na których zrobiły się pierwsze odciski, a serweta niemal rosła w oczach, bo dziergałam po 20-30 rzędów dziennie. Tym razem na dobre “złapałam bakcyla” i troskliwie hoduję go do dziś.
Nigdy nie udało mi się policzyć wszystkich wykonanych od tamtej pory prac, ale z pewnością byłaby to suma trzycyfrowa. Ciągle doskonalę znane mi już techniki i uczę się czegoś nowego. Sama również chętnie eksperymentuję, jednak z niesłabnącą przyjemnością wracam do klasycznego filetu. Wybór techniki wykonania konkursowej pracy był więc dla mnie oczywisty. Nawiązaniem do pierwszej „oficjalnej” szydełkowej robótki jest również motyw roślinny, tym razem samodzielnie zaprojektowany. Niewielki prostokąt o wymiarach 6,8 x 5,7 cm, wydziergany z dwóch połączonych poliestrowych nici krawieckich F.N. AMANDA ARENA 120 w jaśniejszym i ciemniejszym odcieniu zieleni khaki, szydełkiem nr 0,7, rozpięłam na własnoręcznie wykonanej drucianej ramie, metodą obdziergiwania razem ramki i krawędzi robótki. Ażurowy medalion połączyłam z prostym naszyjnikiem, wykonanym z wiązki pięciu sznurków jubilerskich o nieco innym odcieniu zieleni. Drobny kontrast dla matowych powierzchni stanowią elementy wykończenia w kolorze srebrnym: zawieszka, końcówki, karabińczyk i kółeczko typu sprężynkowego.
Gdy spoglądam na swoje prace wykonane kilka lat temu, z radością stwierdzam, jak długą drogę mam za sobą i ile na niej osiągnęłam. Ale bynajmniej nie osiadam na laurach, zwłaszcza, że z natury jestem bardzo samokrytyczna. Zabawa i twórcza praca trwają i będą trwały nadal, bo przecież jeszcze tyle wzorów i pomysłów czeka na swoją kolej. „

Naszyjnik 01 przód

O początkach swojej przygody z renowacją mebli i decoupage, opowie Wam Magda Tomczak:

Chciałam podzielić się z Wami moimi doświadczeniami z rękodziełem. Hmm… moja historia pewnie jak każdej z nas jest przypadkowa. Chyba muszę zacząć od tego, że mnie nigdy nie pociągały żadne prace plastyczne, technika, co z czym się łączy, jakaś myśl przestrzenna, dekoracje i tego typu sprawy. Zawsze tym zajmowała się moja mama, specjalistka od bibelotów, zawsze wszystkiego ma pełne szafy. Ale jednak w genach wszystko przechodzi i potrzeba tylko czasu na ujawnienie się pewnych skłonności i zdolności. Tak więc kiedy po studiach zaczęłam pracę, przyszedł czas na porządkowanie i układanie swojego życia. Tak się jakoś złożył, że w tym samym czasie w naszej miejscowości jedna Pani otworzyła, nazywaną przeze mnie “graciarnię”, czyli sklep z używanymi meblami, ceramiką wszystko przywożone z zachodu, a tu sprzedawane za grosze. Mama mnie namówiła żebym się z nią tam wybrała, bo mogę sobie upolować naprawdę fajne rzeczy, za którymi biegam i zachodzę w głowę, że moje pierwsze marne wypłaty, to nie wystarczą właściwie na nic, a nie mówiąc o jakiś wielkich zakupach do mojego małego “M”. Poszłam no i wsiąknęłam po sam czubek uszu, nosa i głowy. Dziś nie wyobrażam sobie już innych zakupów. Lubię szperać, myszkować po zakamarkach, oglądać stare rzeczy i podziwiać pracę ludzkich dłoni, prawdziwą pracę wykonaną ręką w drewnie. To niesamowite, a wręcz ironiczne, że ludzie dawniej nie mieli maszyn technologii, a potrafili zrobić tak piękne unikatowe rzeczy, które trwają do dziś i niosą w sobie historię ich pracy, historię ludzi którzy już z nich korzystali i teraz moją. Uwielbiam, tę radość, którą zawsze odczuwam jak już najgorsze prace mam za sobą i przychodzi moment ostatniego doczyszczania i to podniecenie, gdy mój nowy cudny mebelek staje na swoim nowym miejscu. Mam wrażenie, że te przedmioty, jakby ożywały, jakby ktoś dał im iskrę do dalszego trwania i dają moim wnętrzom taki niepowtarzalny charakter, dają im duszę. I nie ma dla mnie znaczenia, że może lekko nie pasują do siebie, bo stolik jest z innego stylu, a krzesełko czy fotel z innego. Ja wiem, że czas połączy te rzeczy w niesamowity komplet. Przyznam, iż rytuałem jest po zakupach w graciarni filiżanka kawy i zerknięcie co mogę zrobić z moim nowym cackiem, jak je odnowić żeby zyskało ten utracony blask. I tak moją pasją jest odnawianie starych mebli, klejenie, szlifowanie, bejcowanie, lakierowanie. W związku z tym mój warsztat musiał powiększyć się o różne sprzęty typu: ściski, stabilny stół na którym mogę pracować, pędzle, pakuły, zawodowa szlifierka, ponieważ pierwsze próby z papierem ściernym gruboziarnistym skończyły się obdartymi opuszkami palców (które goiły się po kilka dni, okropnym bólem dłoni i nie raz pękniętym stawem jak szlifowania było dużo a ręce nie dawały rady) i zeszlifowanymi paznokciami, a nie usunięciem politury oraz moim cudem, które mam nadzieję jeszcze kiedyś bardziej będę wykorzystywać maszyną do szycia, ponieważ czasem trzeba coś doszyć, obszyć, czy ogólnie aby coś nabrało uroku to wymyśleć jakąś fikuśną poduszeczkę czy kapę. No i jest jeszcze jedna wielka moja miłość DECOUPAGE. Miłość, która zrodziła się pod wpływem koleżanki z pracy, która zainspirowała mnie tworzeniem własnych ozdób, dekoracji z różnych materiałów, ona testuje dalej ja zostałam przy decoupage i rozwijam, a przynajmniej staram się. Pierwsze prace :( u la la chyba nikt nie mówił że jest fatalnie, żeby mnie nie zniechęcać, choć padały stwierdzenia, ach może odnawianie i renowacja mebli idzie Ci lepiej, ale ja się nie poddawałam już z literatury, którą zaczytywałam się przy odnawianiu mebli wiedziałam, że decoupage też mogę wykorzystać do ozdabiania mebli. Wracając do moich początków z decoupage, to było kilkanaście zniszczonych serwetek, bo klej był nie taki, prace zniszczone ponieważ na styropian zachciało mi się nałożyć lakier nitro (żeby nadać połysk) i jajko, które miało być dla mamy na prezent po prostu stopiło mi się w ręku (wydawało mi się to naturalne, żeby go użyć ponieważ zawsze prace drewniane, a takie do pewnego czasu tylko robiłam zabezpieczałam właśnie lakierem nitro) no i trzeba było zarwać nockę bo prezentu dla mamy nie ma, a Wielkanoc już za tydzień, a to wychodziły bąbelki pod lakierem, a to lakier wchodził w reakcję z farbkami z chińskiego sklepu, a to cieniowanie jest nie takie, ach myślę że każdy z nas może mnożyć te przykłady. Dziś nas śmieszą, ale wówczas to nie wiemy czy płakać, czy śmiać się. Dziś rzeczywiście doświadczeń mam już sporo, mam wiele sprawdzonych produktów, sklepów. Ale jednak jest we mnie taka natura zdobywcy i nie chodzenia na łatwiznę, tylko szperania po graciarniach, lumpeksach w poszukiwaniu materiałów, dodatków. Czego nauczyły mnie moje pasje to cierpliwość do samej siebie wiem, że żeby coś było dobre, albo żebym się czegoś nauczyła potrzebuję czasu i treningu oraz testowania różnych rozwiązań. No i ta satysfakcja, kiedy możemy obdarować kogoś prezentem i jeszcze większa duma kiedy możesz powiedzieć, że to nasz własnoręczny wyrób, a ktoś aż ma iskry w oczach i z radością przyjmuje nasz podarunek, mówiąc ach ikea ani home&you takich nie ma. To super uczucie. Rękodzieło i samo tworzenie pozwoliło mi otworzyć się na drugiego człowieka, chęć dzielenia się tym co mam, moim szczęściem i kreatywnością, nie chcę marnować czasu na zbędne rzeczy.
Ach nie dodałam moja przygoda z renowacją mebli trwa od dobrych 3 lat a z decoupage 2 lata. A na wasz sklep i blog Qrkoko trafiłam poszukując zawieszek, koralików i ozdobnych zakończeń biżuteryjnych do moich prac. Często też oglądam Wasze tutoriale są bardzo inspirujące i pomocne. Dzięki :)
A dziś chciałam przedstawić moją pracę, w której łączę miłość do staroci i decoupage. To mój dzbanuszek emaliowany kupiony w angielskich starociach, ozdobiony metodą decoupage, który na co dzień stoi sobie na szafce rzecz jasna z graciarni, którą postarzyłam według własnego uznania.

Miało być krótko, ale o pasji krótko nie da się rozmawiać :)

decoupage

 

O miłości od pierwszego oczka i o tym co stworzyć można z zepsutych słuchawek, opowie Wam Anna Horbunow:

“Obecnie jestem mamą i staram się cały swój wolny czas poświęcić na rozwijanie się w dwóch technikach.
Moja skromna historia z rękodziełem zaczęła się w maleńkiej wiosce niedaleko Myśliborza, gdzie mieszkała moja kochana, świętej pamięci babcia. Byłam wtedy małą dziewczynką, miałam jakoś 5-6 lat. Babcia zaciekawiła mnie robieniem na szydełku i drutach. Z drutami jakoś nie przypadliśmy sobie do gustu, ale z szydełkiem była to zdecydowanie miłość od “pierwszego oczka” ;). Z początku robótki wychodziły strasznie niezgrabne i zbyt ściśnięte. Płakałam i prułam. Babcia jako doping i nagrodę za wytrwałość przynosiła mi czasem lody bambino. Ze słuchawek z walkmana leciały jakieś piosenki, a ja byłam coraz bardziej szczęśliwa, że umiem coś zrobić sama :). Jakoś tak się potoczyło, że zahaczyłam kablem od słuchawek o klamkę i słuchawki się zerwały. Nie pozwoliłam ich wyrzucić. Wylądowały w szufladzie po powrocie do domu. Jakieś dwa-trzy lata później, również na wakacjach u babci znalazłam podczas spaceru do lasu żółty kabelek/drucik. Przypomniał mi on o słuchawkach. Zabrałam go ze sobą do domu, do Szczecina, gdzie w pudełku z pamiątkami miałam garstkę koralików wymontowanych z jakiegoś naszyjnika po drugiej babci. Chwilę mi zajęło zanim postanowiłam co z nich zrobię. Z kabelka powstała moja pierwsza bransoletka na przedramię(inspiracją była Pocahontas). Byłam z siebie niemożliwie dumna wtedy. Pamiętam uśmiechnięte twarze rodziców i babci jak im pokazywałam co zrobiłam. Jakiś czas później dorobiłam też kolczyki- ze słuchawek po moim walkmanie. Wszyscy byli w szoku z powodu pomysłowości, a mnie dziwiło ich zaskoczenie, bo przecież to takie proste i “normalne” przecież.

Z czasem jak świat stał się bardziej internetowy mogłam się naczytać o technikach, wychwycić swoje błędy i w końcu poznać nazwę “TYCH TAKICH rzeczy do robienia biżuterii”. Starannie odkładałam każdy grosz na nowe narzędzia,włóczki i koraliki.
Kiedy tak sobie pomyślę jak to wszystko się zaczęło wydaje mi się to niemożliwe i niesamowite. Z biegiem czasu zaczęłam kupować lepszej jakości materiały, a co za tym idzie jakość prac się podniosła. Dbam by każdy detal pracy był dopracowany, również ciągle szlifuję umiejętności fotograficzne. Kiedyś nie przykładałam tak dużej wagi do jakości materiałów i detalu wykonania. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną. Wiem również, że jestem na dobrej drodze, bo moja twórczość płynie z serca a to najważniejsze. :)

Obecnie staram się eksperymentować z łączeniem technik. Staram się by moje prace były unikatowe i dobre jakościowo.
Choć teraz skupiam się na trochę innej technice, to myśli zawsze uciekają mi w stronę szydełka i śp babci. Myślę o niej za każdym razem jak trzymam szydełko w dłoni, czy robię sznury szydełkowokoralikowe, swetry czy rękawiczki dla syna. A to wszystko zaczęło się od śp babci, która “zaraziła” pasją, zniszczonych starych słuchawek i od “krzywo i za ciasno! PRUJ” :)”

Wyszło chyba troszkę więcej niż powinno być, ale mam nadzieję, że to mnie nie dyskwalifikuje. Załączam zdjęcia:  Na zdjęciu numer jeden moja pierwsza praca-z kabla i słuchawek. Na drugim praca “świeża” robiona na konkurs. ”

 

1. Anna Horbunow- kabelki

O początkach szydełkowej pasji i… szynce, opowie Wam Karolina Sujecka:

“Moja przygoda z szydełkowaniem zaczęła się stosunkowo niedawno, bo około roku temu kiedy to w kioskach pojawiła się gazetka “Szydełkowanie jest proste”. Jednakże problem polegał na tym, że była ona strasznie rozchwytywana. Pochodzę z małej miejscowości i choćbym nie wiem ile razy odwiedzała wszystkie kioski w pobliskim miasteczku, to nigdy jej nie spotkałam… Z ogromnym smutkiem godziłam się już z losem kiedy to odwiedziłam moją ukochaną babcię, która mieszka w dość sporej odległości ode mnie, niestety. I wtedy okazało się, że jej się udało kupić moją upatrzoną gazetkę pomimo tego, że wcale nie przeczuwała nawet, że chciałabym się zająć rękodziełem. Ona z kolei jest bardzo utalentowana w tym kierunku, potrafi robić cudowne rzeczy, jednak w związku ze swoim wiekiem i pogarszającym się zdrowiem nie daje już rady podołać projektom rękodzielniczym. Za to z wielką radością przekazała mi ową gazetkę i wszystkie swoje materiały do nauki (niektóre wręcz archiwalne). Od tego czasu zaczęłam ćwiczyć szydełkowanie przy pomocy gazetek, książek i filmów z Internetu. Mozolnie wykonywałam jakiś element, a potem go prułam by zacząć raz jeszcze lub by przećwiczyć coś innego. W pewnym momencie przerodziło się to w pewną obsesję, ponieważ gdy tylko nauczyłam się robić na przykład równe, ładne koła, to robiłam tylko koła, z czasem (i wprawą) przerodziły się one w podstawy do woreczków, toteż robiłam tylko woreczki, i tak dalej, i tak dalej…

Moim pierwszym projektem był oczywiście prezent dla babci – piękna narzuta składająca się z zielonych kwadracików, w których znajdują się stokrotki. Jednak był to projekt nazbyt ambitny jak na takiego żółtodzioba, jak ja. Pomimo wielkich starań nie udało mi się go wręczyć przy najbliższej okazji, jaka mogłaby się nadarzyć. Ale za to teraz projekt ten jest wielce dopieszczony i pomału rozprostowywany na rocznicę ślubu dziadków – już 50, która odbędzie się pod koniec października. Już nie mogę się doczekać!

Z kolei przedstawiony przeze mnie projekt jest także wykonany szydełkiem. Przedstawia on… szynkę. Bardzo kreskówkową i trochę śmieszną. Również powstała ona z tęsknoty i miłości, ale tym razem do mojego kota – Pana Tify, którego nie widuję na co dzień, ponieważ studiuje w dużym mieście (na zdjęciu widnieje kot zastępczy). Dlaczego szynka? Z tym wiąże się zabawna historia z mojego dzieciństwa: pewnego dnia poszłam sobie do kuchni, a tam okazało się, że kot dobrał się nam do szynki. Na ten widok spokojnie krzyknęłam do mamy (której nie było na miejscu zbrodni): “Mamooo, czy koty lubią szynkę?”. Na co ta odpowiedziała mi z drugiego pokoju: “Raczej tak, dlaczego pytasz?”. A ja na to: “Bo właśnie ją jedzą.” – taka oto byłam swego czasu rezolutna. Projekt ten powstał bez żadnego planowania, czyli tak, jak teraz wykonuje większość swoich prac. Już nie muszę patrzeć na żmudne plany, odcyfrowywać tych wszystkich skrótów, ponieważ nabrałam już pewnych umiejętności i teraz wystarczy tylko pomysł, ewentualnie pomocnicze zdjęcie obiektu i gotowe. Dokładnie w ten sposób powstała szynka. I to na dodatek z materiałów recyklingowanych, czyli resztek włóczek, które mi zostały z innych robótek. Mam nadzieję, że się spodoba.”

K.Sujecka - zdjęcie 1
K.Sujecka - zdjęcie 4

Co rękodzieło ma wspólnego z pomaganiem innym? O tym opowie Emilia Golińska:

“Moja historia nie zaczęła się w domu, tylko w Pleszewskim Centrum Wolontariatu, w którym jestem wolontariuszką. Na początku mojej przygody z wolontariatem uważałam, że do niczego się nie nadaje, wiec koordynatorka zaproponowała mi, bym zajmowała się sprawami  biurowymi. Przez to, że spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu (bo zamiast przychodzić raz w tygodniu, ja przychodziłam codziennie po szkole), coraz częściej zaczęłyśmy rozmawiać o pomyśle animacji czasu wolnego dla dzieciaków. (Wiem, ze to historia ma być o rękodziele, ale w tej historii każdy szczegół jest ważny).

Centrum zajmowało się głównie opieką nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi, ale my widziałyśmy, że zapotrzebowanie jest również na zabawę i naukę dla dzieci, zwłaszcza te biedne. Tak narodził się pomysł na robienie warsztatów dla dzieci. Tylko problem był w tym, że chciałysmy tym dzieciakom zaprezentować warsztaty, na których nauczyły by się czegoś, czego normalnie w szkole, w domu- nie mogą. I skracając, wpadłyśmy na pomysł, by koleżanka tej koordynatorki przeprowadziła najpierw warsztat dla wolontariuszy, a potem my będziemy prowadzić je dla dzieci. Jak zamówiłyśmy koraliki i półfabrykaty do naszej siedziby, to oczy mi dosłownie wyszły z orbit- wszystko było takie malutkie i piękne i koordynatorka poprosiła mnie, bym zrobiła coś na pokaz- to ja nic nie umiejąc zrobiłam kilka kolczyków, bransoletek itd. Warsztaty były super, ale po nich było mi mało. I dokładnie tak zaczęłam się tym interesować. Co prawda nie miałam pieniędzy na materiały, ale koordynatorka widząc moje zaangażowanie w pracy wolontariackiej pozwoliła mi co jakiś czas przychodzić i robić sobie z tych materiałów, które zostały, to, co chce.

Kiedy zobaczyłam, że moje prace stały się coraz bardziej estetyczne, unikatowe? Po pierwsze kiedy moja mama “krytyczna od A do Z” zaczęła mi podbierać moją biżuterie, a po drugie kiedy inne wolontariuszki poprosiły, żebym im też zrobiła coś “innego” niż w sklepach. Warsztaty dla dzieciaków z tworzenia własnej biżuterii robię już od wielu lat i to one cieszą się największą popularnością na festynach rodzinnych. Najfajniejsze jest to, że chłopaki mają jeszcze większy zapał niż dziewczynki i zawsze każdy ma głowie listę, która ciocia jakie lubi, ile par chciała mama, babcia itd. chłopaki chyba robią najwięcej biżuterii, dziewczynki robią dla siebie, ewentualnie dla mamy (jak słyszą, że chłopacy tak robią).

Na konkurs wystawiam bransoletkę koralikową robioną metodą makrama, gdyż jest ona piękna, stylowa i dość trudna. Wymaga cierpliwości, bo zrobienie jej perfekcyjnie zajmuje kilka godzin, a samo robienie jest tym najcudowniejszym czasem, kiedy całkowicie poświęca się czas swojej pasji.”

bransoletka makrama

W rękodzielniczą podróż do dzieciństwa, zabierze Was Adrianna Kamińska:

“Trochę trudno jest opisać krótko swoją historię, ale postaram się nie rozwlekać bardziej niż to konieczne. ;)
Moja przygoda z rękodziełem zaczęła się bardzo wcześnie, bo już w szkole podstawowej. Pamiętacie plastikowe żyłki, tzw. filofun? Wtedy było to straszliwie modne, każdy dzieciak siedział na szkolnej przerwie i wyplatał kolorowe breloczki. Problem w tym, że wkrótce – spod mnóstwa wyplecionych breloków – nie było widać kluczy do domu, zamki przy piórnikach również były “zabreloczkowane”, rodzice i rodzeństwo też już mieli ich pełno…
Chwyciłam za swoje plastikowe żyłki, wzięłam długopis do ręki i… oplotłam go jednym ze sposobów, w jaki tworzyło się takie bardziej płaskie breloki. Później moda na filofun wszystkim się przejadła i odeszła w zapomnienie…
Po kilku latach, przed rozpoczęciem studenckiej nauki, sporo buszowałam w Internecie i przeglądałam różne babskie serwisy i strony, zabijając w ten sposób nudę. W pewnym momencie trafiłam na zdjęcie ślicznej, czerwonej bransoletki z serduszkiem! Ale nie tylko jej urok na mnie podziałał – była zapleciona w taki sam sposób jak moje długopisy z podstawówki! Skoro kiedyś umiałam tak wyplatać, to dlaczego teraz nie miałabym sobie tego przypomnieć? Nie miałam nic do stracenia!
Przeszperałam więc szufladę mojej mamy z krawieckimi szpargałami i znalazłam w niej mnóstwo muliny – to właśnie jej użyłam do wykonania mojej pierwszej w życiu ręcznie wykonanej bransoletki. Nie było jednak czerwonego koloru, więc użyłam tego którego było najwięcej – zielonego. Ale nadal brakowało mi ślicznego serduszka-łącznika (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak nazywało się to urocze maleństwo), jednak wkrótce i na to przyszedł pomysł – oglądając kolejne zdjęcia w Internecie, trafiłam na arbuzowo-modelinowy tutorial, w którym się zakochałam. Podkradłam modelinę młodszej siostrze, ulepiłam co chciałam, ugotowałam (rodzina była w szoku widząc, że stoję przy garach i gotuję. Było jeszcze dziwniej, kiedy zobaczyli niejadalne modelinowe ulepki…) – i wyszły mi nieco koślawe kawałki przypominające arbuza.
Chwyciłam za zieloną mulinę, przypominałam sobie splot z czasów podstawówki, w międzyczasie wplatałam te koślawe arbuzy w bransoletkę… Nie było to arcydzieło, ale było dla mnie ważne to, że spróbowałam. I przepadłam! Rękodzieło wkręciło mnie niesamowicie, próbowałam przerabiać starą biżuterię według różnych tutoriali, później wymyślałam swoje pomysły. Malowałam ubrania, szyłam, dziergałam, bawiłam się koralikami, ale najczęściej korzystałam z tego pierwszego splotu (który okazał się być makramą!) i dzięki niemu tworzyłam bransoletki, które z czasem wyglądały coraz lepiej.
Obecnie moje makramowe sploty są równiejsze niż te sprzed lat. Już nie wyplatam z muliny, za to z woskowanych sznurków, które uwielbiam! Zrezygnowałam jednak z modeliny, ale na chwilę powróciłam do niej oraz do lepienia arbuzów z okazji konkursu (teraz w nieco innej wersji i o bardziej regularnych kształtach) – tak właśnie powstała bransoletka, która przypomina mi o tej pierwszej-nie idealnej, ale od której wszystko się zaczęło!”

 

bransoletka z arbuzem

 

I na koniec: wszechstronnie uzdolniona, Dagmara oraz Koralina :):

“Odkąd pamiętam już jako mały brzdąc uwielbiałam tworzyć. Korale, wyklejanki, rysunki i inne tym podobne rzeczy, zresztą chyba jak większość dzieciaków w wieku przedszkolnym. Jednak dopiero mając 11 lat zabrałam się za to “na serio”. 

Dzisiaj maluję, robię bransoletki, wyszywam, szyję, robię kartki okolicznościowe techniką quillingu, ale moja przygoda zaczęła się od czegoś zupełnie innego – od lepienia z modeliny.

A jak odkryłam swoją pasję? Z nudów przeszukiwałam youtub’a w poszukiwaniu czegoś ciekawego. I natrafiłam na filmik, w którym jakaś dziewczyna pokazywała swoje modelinowe figurki. Bardzo mi się spodobały, choć początkowo nie mogłam uwierzyć, że zrobiła je sama. A jednak to mnie zainspirowało. Poszłam do pobliskiego sklepu i kupiłam opakowanie modeliny. A potem, nie mając pojęcia od czego powinnam zacząć, usiadłam do lepienia. I tak powstały moje pierwsze kolczyki, donuty. Bigle były stare, odłączone od jakichś kolczyków, a haczyk zrobiony z kawałka drutu. Wtedy byłam z nich całkiem dumna, ale teraz jak patrzę na nie na zdjęciu, chce mi się śmiać. Założyłam bloga (http://modelinadagmary.blogspot.com/), na którym chciałam pokazywać swoje twory. Początkowo moje posty były nieśmiałe i pisane za bardzo na poważnie. Teraz odkryłam wspólny język z czytelnikami i wpisy piszę na kompletnym luzie. Dzięki blogowi stałam się również bardziej towarzyska, w kontakcie z rówieśnikami. Można więc powiedzieć, że w pewien sposób to rękodzieło przyczyniło się do tego, że jestem teraz bardzo otwarta na ludzi. Przeglądając na blogu zdjęcia moich starych prac zauważam jak ogromne postępy robię (i już zrobiłam). Cieszę się, że odkryłam swoją pasję, bo bez tego czułabym się teraz pusta.

Długo zastanawiałam się, jaką pracę mogłabym wykonać, ale zdecydowałam, że skoro zaczynałam od modeliny, to praca też musi być wykonana właśnie z niej. Pomyślałam, że przedstawię jedną z moich ulubionych postaci z filmów animowanych – Koralinę z filmu ” Koralina i Tajemnicze Drzwi”

koralina z modeliny

Zwróćcie uwagę na to, że większość z Was miłością do rękodzieła została zarażona przez mamy lub babcie. To piękne, że pasja przekazywana jest z pokolenia na pokolenie!

Z Waszych historii płynie też bardzo cenny morał: nie warto zniechęcać się, gdy na początku coś nie wychodzi. Większość z Was na początku robiła coś źle, krzywo, ale gdzie byłybyście dziś, gdybyście na tamtym etapie się poddały? No właśnie, jesteście najlepszym dowodem na to, że praktyka czyni mistrza! Tak trzymać :)!